Front Report #2 - Bastogne - 65 rocznica walk w Ardenach - cz. 2

Jak wspomniałem w pierwszej części relacji, sześciu z członków stowarzyszenia na zaproszenie belgijskiej Jedynki, wybrało się w formie swoistej delegacji do Belgii, w okolice historycznego miasta Bastogne gdzie wraz z kolegami z Duty First świętowaliśmy 65 rocznicę walk w Ardenach.

remagne_art_2
Zdobywcy Remagne.
Wyprawa to była niezwykła z wielu powodów, jak choćby opisana w pierwszej części wizyta w Bastogne. Innymi powodami była wielka niewiadoma w postaci samej Duty First. Poza zdjęciami z ich strony nie znaliśmy w ogóle ludzi z belgijskiej "Pierwszej", o tyle twardszym orzechem do zgryzienia byli, o ile ich galerie wprawiały nas w osłupienie. Dbałość o szczegóły i konsekwentność z jaką wykonują swoją robotę stawiały nas w niepewności. Jak wypadniemy na ich tle, jak nas odbiorą, czy nasz poziom sięga ich poziomowi - to pytania z którymi tam jechaliśmy i z którymi chyba również po części wróciliśmy.

Początek naszej wyprawy - wspomniana wizyta w Bastogne - była magiczna i pomogła nam poczuć ducha tych obchodów - ich istotę. Spędzając przedpołudnie w tym mieście, zrozumieliśmy czym były walki w tamtym rejonie, poznaliśmy klimat tych okolic i praktycznie zapomnieliśmy na dobre skąd tam przyjechaliśmy - czy kim byliśmy przed tą wyprawą.

remagne_art_7
Nasz "hotel" i prywatne apartamenty.
Gdy przyszedł czas spotkania (dochodziła godzina 2 po południu w czwartek 11 grudnia 2009) byliśmy już zahipnotyzowani ardeńskim klimatem i w sumie dzięki temu przejechaliśmy ostatnie 40 kilometrów bez stresu, całkowicie oddani podziwianiu okolic. Gdy zajechaliśmy na miejsce była dokładnie 14 a na niewielkim dziedzińcu przed ogromną kamienną stodołą stała epokowa ciężarówka, w okół której krzątało się kilku G.I`s. Wszyscy okutani w wełniane płaszcze z wełnianymi czapkami na głowach, wyglądali ciut śmiesznie - choć przecież takie widoki znaliśmy już doskonale i byliśmy do nich przyzwyczajeni. Po zaparkowaniu samochodu przyszedł czas zmierzyć się z rzeczywistością, jaka by nie była przecież przejechaliśmy pół europy a oni już wiedzieli, że "Ci Polacy przyjechali".

Pierwsze kontakty były dość oschłe a ściślej rzecz analizując - krępujące. Na miejscu nie było jeszcze dowódcy, a nasz tłumacz miał dotrzeć na front dopiero wieczorem. Zatem staraliśmy się przez ubocze dostać do naszych noclegów i przygotować je przed szybko nadchodzącym zmierzchem. W tym czasie narastała krzątanina, która coraz bardziej utrudniała Belgom pokątne spojrzenia w naszą stronę, trochę zdziwione twarze (jakby spodziewali się że będziemy mieli zieloną skórę, albo wielkie wyłupiaste oczy) szybkie zerknięcia zamieniły się na pełne skupienia wyrazy twarzy, zupełnie oddane zajęciom przy rozstawianiu obozowiska. Ludzie zaczynali mówić szybko, przechadzki zastąpione zostały przez równe kroki, bułki w rękach zamieniły się w worki z sianem, beczki, skrzynie z racjami. Kilku znających lepiej lub gorzej język angielski zaczepiało nas raz po raz pytając najpierw czy to my jesteśmy z Polski i czy nam się podoba. Nie trzeba było specjalnie węszyć żeby wyczuć kurtuazję w naszych pierwszych kontaktach, oni starali się (mimo iż okazaliśmy się nie mieć zielonej skóry i wyłupiastych oczu) zapewnić nam minimum swobody obyczajowej, a my uwinąwszy się przy rozpakowywaniu i szykowaniu legowisk - staraliśmy się zaczepić do jakiejś pracy. Pomijając fakt że głupio nam było patrzeć jak oni pracują a my stoimy lub kręcimy się w miejscu, to jednak mieliśmy stanowić przez najbliższy weekend jeden pułk, jedną kompanię, jeden pluton - mieliśmy stać się Wielką Czerwoną Jedynką - fraternizacja była niezbędna.

remagne_art_5
Niesamowite jest uświadomić sobie, że cały czas stąpało się po kawałku historii.
Każdy dostał na początek jakieś proste, niezobowiązujące zajęcie, jak rozłożyć belę siana na podłodze, czy przenieść kilka skrzynek z racjami i Coca - Colą do stodoły. Budynek naszego Hotelu - czyli stodoły - był dwukondygnacyjny. Od wschodniej strony swoistego podwórza na które wychodziły wrota stodoły, była ona na poziomie gruntu, jednak zachodnia ściana osadzona była na obniżonym gruncie o jakieś trzy metry w dół i na samym spodzie ujawniała drzwi do podpiwniczonej jej części. Piwnica była podzielona na trzy sąsiadujące pomieszczenia z niskim sufitem, z jednego z nich tego najbardziej wysuniętego na południe prowadziły stare schody do stodoły. Zdążyłem przejść nimi kilka razy w ciągu godziny jaką tam spędziliśmy, jednak czegoś nie zauważyłem. Gdy kolejny raz szedłem z jakąś skrzynką na górę pewien młody G.I. wyglądający na typowego frontowca z "Jedynki" (jego twarz zdradzała przynajmniej drugie tyle lat ile mógł liczyć), zaczepił mnie i łamaną angielszczyzną z niedopałkiem w ustach zaczął mówić o schodach, machając przy tym lewą ręką i wskazując na stopnie. Kilka chwil mi zajęło pojęcie o co mu chodziło - myślałem raczej że chce mnie ostrzec, żebym uważał na stopnie, gdyż są stare lub strome. W pewnym momencie jednak zrozumiałem, on wyraźnie pokazywał na jeden ze stopni nie na schody, na ten konkretny stopień, który był wykonany ze skrzyni amunicyjnej po pociskach do haubicy 105mm. Stanąłem jak wryty, chciałem coś powiedzieć, ale w moim ojczystym języku zabrakło mi słów żeby to opisać, więc nawet nie siliłem się na nic więcej niż "Oh My Lord... It`s...", w odpowiedzi usłyszałem pełne zrozumienia "Yes, It is!" i uśmiechy na naszych twarzach dopowiedziały całą pozostałą historię. Patrząc po sobie już wiedzieliśmy o co chodzi, co o tym sądzimy i jakie to dla nas zjawiskowe. W myślach już tylko panicznie sobie powtarzałem zdania w stylu: "Człowieku zobacz gdzie ty jesteś, czy sądziłeś wstępując do BRO, że trafisz kiedyś do takiego magicznego miejsca?!" czy "To nie może być prawda, takie rzeczy zdarzają się tylko w filmach fantasy, muszę to pokazać chłopakom!!!". Oczywiście pierwsze co zrobiłem to rzuciłem skrzynkę w pierwszy lepszy kąt w stodole i poleciałem - udając ciężko zaabsorbowanego pracą - poszukać Pawła.

Ten zdawał się jednak być już pochłonięty przez okoliczności w jakich się znalazł i nie przywiązał większej wagi do tego znaleziska, przejął się ale chyba nie był w stanie jeszcze przyswoić tej wiedzy - po czym stąpał. Dwie - góra trzy godziny jakie zostały do zmierzchu spędziliśmy na pracach w wiosce. Przenosiliśmy stare meble, maskowaliśmy współczesne elementy wioski lub całkowicie je usuwaliśmy idąc w ślad za kolegami z Belgii. A propos usuwania elementów wioski, nawiążę tu na chwilę do kolejnej sytuacji która uderzyła w nas, w pewnym momencie podczas prac na zewnątrz. Grupka dwóch G.I`s krzątała się po ulicach Remagne z zadaniem wyrwania wszystkich niepotrzebnych znaków drogowych i zainstalowania tych przygotowanych wcześniej na epokowy wzór. Takiej dbałości o szczegóły nie spodziewaliśmy na pewno, a oglądanie takiej scenki raczej każdego wprawiło by w osłupienie na chwilę - tak samo nas.

remagne_art_4
Jeden z bieglej władających językiem angielskim frontowców.
Po zmierzchu pracy zdawało się ubywać, lub coraz więcej zadań ukrywało się w gęstniejących mrokach - zmierzch zapadł tam w ciągu kilku dosłownie minut - więc kręcąc się to tu to tam trafiliśmy do lokalnego pubu, parę set metrów na południe od stodoły. Nie pamiętam czy ów lokal miał nazwę, ale jeśli miał z pewnością była tak pospolita jak jego proweniencja. W środku już zadomowiło się kilku cwańszych sierżantów, kilku autochtonów, a w niszy która ukazała nam się dopiero po wejściu w głąb lokalu zainstalowany został swoisty punk werbunkowy. Kilku szeregowców i starszych szeregowych uwijało się tam przy papierach, klaserach i pieczątkach słowem przygotowywali się do wydawania, przepustek, identyfikatorów, uprawnień każdemu uczestnikowi jutrzejszych wydarzeń. Po raz kolejny uzmysłowiliśmy sobie jak zorganizowaną grupą są ci ludzie, jak potrafią się zmobilizować i wykonać im powierzone zadania, tak szybko i sprawnie jak to tylko możliwe. Ponieważ przed wejściem do pubu spytaliśmy przybyłego już dowódce Cpt. Serge`a Balleux`a czy możemy udać się na spoczynek, a ten się zgodził - natychmiast zamówiliśmy kolejkę lokalnego piwa. Piwo w Belgii podobnie jak we Francji podawane jest w butelkach 0.2 litra, prawdopodobnie również z tego samego powodu. Najwyraźniej Belgowie są tak samo zakompleksieni jak Francuzi i aby poprawić sobie mniemanie o sobie, na niwie międzynarodowej - szczerze mogą się pochwalić, że ostatniego wieczoru wypili 15 piw, a nie jak Polacy zaledwie 5 (pół litrowych oczywiście). To rzecz jasna żart bo lokalni smakosze trunków natychmiast po pytaniu czy jesteśmy TYMI polakami, stwierdzali dumnie i z odpowiednim namaszczeniem - "Polacy to umieją dużo pić!". Do wieczora sfraternizowaliśmy się ze smakoszami - chyba bardziej niż z wojskową częścią załogi pubu - a ci wedle gospodarskiej powinności co chwila przysyłali nam kolejki coraz to nowych trunków, w tym cztery kieliszki likieru o nazwie "Le Nuts" - w cale nie tak słodkiego jak na likier, ale wielce smacznego, o orzechowej nucie jak przystało na nazwę trunku. Gdy podszedłem do baru aby spytać o ten balsam dla podniebienia, od razu zostałem zapewniony przez mera wioski, że o ile tylko nam zasmakowało - dostaniemy kilka butelek na odchodne w niedzielę. W tym czasie niecierpliwie czekaliśmy na pojawienie się Oliwiera Herlina - naszego tłumacza. Wraz z mijającym czasem coraz więcej żołnierzy pojawiało się w pubie. Naszą uwagę przykuł jeden młodziutki G.I. Czuć było na kilometr że jest świeży jak rosa zebrana naszymi butami, przed wejściem do lokalu. Siedział sobie na końcu długiego stołu kilka krzeseł od nas i próbował zamontować wyrzutnik granatów do swojego Garanda. Strasznie mu nie szła ta praca, więc postanowiliśmy równocześnie z innym belgijskim szeregowcem pomóc młodemu. Niestety jego nieznajomość języka angielskiego uniemożliwiła nam jakąkolwiek komunikację, więc i pomoc była nieskuteczna. Usiadłszy z powrotem czekaliśmy dalej na Oliwiera, coraz głośniej stukając palcami w blat stołu. Ten pojawił się dopiero koło 10 wieczorem, z nieskrywaną radością przywitaliśmy się i zamieniliśmy kilka entuzjastycznych zdań.

Wieczorem gdy zbieraliśmy się do "hotelu" zostaliśmy poproszeni o stawienie się w jednej izb w piwnicy na zebranie. Niskie lecz całkiem wypatroszone pomieszczenie z bielonymi wapnem ścianami, pomieściło wszystkich - przynajmniej - 70 ludzi z kompanii. W lewym rogu obok biurka przy którym zasiadał jakiś sierżant wydający piwo i inne przyjemności z PXa, stała świeżo ścięta choinka przyozdobiona prezentami od żołnierzy, każdy wieszał na gałązkach co miał do podzielenia się z innymi. Znalazły się tam cygaretki, papierosy, czekolada Nestle, cukierki i inne słodycze. Po chwili gwar został uciszony a no środek wystąpił kapitan Balleux, zaś Oliwier szybko przepchnął się przez tłum bliżej nas, aby tłumaczyć wystąpienie kapitana. Balleux opowiadał o rocznicy, obozie, docenił wkład pracy jaki wszyscy włożyli w przygotowania, dziękował mieszkańcom wsi za pomoc i udostępnienie wielu niezbędnych rzeczy i ostatecznie ciepło nas przywitał w składzie Duty First oraz podziękował za stawiennictwo i przebytą - niemałą drogę. Po kilku owacjach i toastach kapitan "oficjalnie" kazał spocząć wszystkim i zakończył zebranie. Wrzawa znów się podniosła, poruszono setki tematów, zupełnie jak u nas w Polsce - w powietrzu czuć było atmosferę przyjaźni i ulgi po tęsknocie za towarzyszami broni. Nic nie rozumiałem z tego o czym rozmawiali Belgowie ale nie musiałem - ich twarze mówiły same za siebie, były tak podobne mojej, Toye`a czy Adama gdy spotykaliśmy się po raz kolejny po dłuższej przerwie. W gruncie rzeczy w salce mogła by panować totalna cisza a i tak każdy by wiedział o co chodzi jego rozmówcy. Pełne zrozumienie bez słów, były one tylko zbędną formą - jak kolorowy papier zdobny w choinki, bałwany i paczki świąteczne - którym owinięty jest prezent, nasz przedmiot pożądania to co tak pilnie chcemy posiąść, że choć nie wiem jak piękny i zdobny by ten papier nie był, zawsze będzie tylko papierem który pośpiesznie zerwiemy aby wydobyć ów prezent.

remagne_art_6
Park maszynowy.
Udało mi się zaczepić Oliwiera i z nieklejącej się gadki (początkowo wynikającej z ograniczeń językowych) narodziła się poważna rozmowa o rekonstrukcji, o ludziach którzy ją w Belgii uprawiają, metodach jakie stosują, podejściu do pewnych spraw. To była bardzo owocna rozmowa, dowiedziałem się wielu rzeczy o Belgach, o ich środowisku rekonstruktorskim, o realizacji pokazów. Ciekawym zagadnieniem była dla belgów sprawa niemieckich grup, u nas w Polsce jest ich przecież tyle, że nikt kto siedzi w tym środowisku nie zdziwiłby się widząc niemiecką grupę wystawiającą swoją dioramę. W Belgii nie ma w ogóle niemieckich grup, Niemców odtwarza się tylko w trakcie rekonstrukcji potyczek, a są nimi wyselekcjonowani amerykańscy (bądź też inni) żołnierze, którzy tuż przed bitwą przebierają się w niemieckiej mundury. Belgowie pod tym względem nie okazali tolerancji, po prostu publika nie życzy sobie oglądać takich rzeczy i co za tym idzie nikt nie chce im tego na siłę pokazywać. Inną ciekawą sprawą okazała się organizacja pewnych spraw wewnątrz grupy. Duty First tak jak my jest samofinansującą się grupą i jako taka nie posiada własnych pojazdów - rzecz dla nas najnormalniejsza w świecie. Wynajmują je od kolekcjonerów tak jak my w Polsce. Co innego jeśli chodzi o środki pozyskiwania funduszy na własne cele. Już zanim Oliwier mi to powiedział zauważyłem, że przytłaczająca jest ilość ludzi młodych w tym gronie, ludzi bardzo młodych, w wieku od 18 - 21 lat. Co istotne to fakt, że każdy z nich był wzorowo wyposażony. To zasługa ich grupowej gospodarki finansowej. Grupa zbiera pieniądze na specjalnych imprezach do jakich należy na przykład "Camp Black Jack". Sprzedają tam wyroby własne, oraz te za sponsorowane przez przeróżne firmy a zyski przeznaczają na zakup grupowych mundurów, wyposażenia, broni. Te z kolei wypożyczają nowo przybyłym członkom grupy, do czasu aż nie kupią sobie własnych egzemplarzy umundurowania i wyposażenia. Piękna myśl, warta skopiowania. Ogólnie z rozmowy wynikało, że mamy wiele podobnych problemów, podobny sposób myślenia, podobnie postrzegamy różne sprawy. Dzieliła nas przepaść czasu i przestrzeni, która zdawać by się mogło jest nie do przebycia w jeden weekend, kilku z nas udało się ją przebyć w jeden wieczór.

Zanim rozeszliśmy się na spoczynek, rozdzielone zostały warty przy parku maszynowym. Grupki trzech G.I. miały pilnować po godzinie wszystkich pojazdów zgromadzonych na jutrzejszy pokaz. Ja byłem zdaje się trzeci w kolejce, po Toyu który mnie budził na wartę, choć tu nie dałbym ręki bo byłem tak zaspany że do dziś nie wiem na pewno kto mnie budził, a co gorsza godzinny spacer na mrozie w cale mnie nie rozbudził, bo nie pamiętam kogo ja budziłem na wartę - zdaje się że był to Past ale jego sylwetka ledwie majaczy za mgłą niepamięci.

remagne_art_3
Zbiórka przed starciem.
Nazajutrz rano wszyscy w świetnych formach i wypoczęci (szczególnie ci którzy nie mięli warty w nocy) stawili się do tej samej izby, w której wieczorem dnia poprzedniego odbyło się zebranie. Na śniadanie był chleb z marmoladą lub czekoladą do wyboru oraz kawa, herbata, bądź gorąca czekolada. Jak na frontowe warunki całkiem porządny posiłek. Pamiętam że czekolada była tak twarda od mrozu jaki panował, że prawie połamałem na niej nóż, a wydobycie jej ze słoika było nie lada wyczynem. Czasu na śniadanie nie było dużo bo bitwa miała zacząć się około godziny 11:30, więc zaraz po śniadaniu ruszyliśmy do swoich rupieci by przygotować je do walki. Gdy byliśmy gotowi do inspekcji zeszliśmy w dół uliczką na południe i przed witryną pubu stanęliśmy w szeregu. Inspekcja i odprawa przeciągała się co rusz. Kilka krotnie omawialiśmy plan natarcia w oparciu o małą wymiętą jak szmatę do podłogi - mapę. Ledwie było na niej widać cokolwiek, a z każdą chwilą nowe krople deszczu, który zaczynał podać mizernie, rozmywały inny fragment pola, rzeczki, domu czy drogi na kartce. Gdy już wszystko wiedzieliśmy, grupy ruszyły na swoje pozycje. Będąc na miejscu czekaliśmy jeszcze około 40 minut - była już 11:30 gdy padł rozkaz do wymarszu. Okazało się jednak że idziemy w stronę wydzielonej strefy dla publiczności, aby pokazać się przed bitwą. Po piętnastu minutach postoju ruszyliśmy z powrotem na nasze pozycje, a krótko potem ruszyło natarcie na Remagne.

Pułk podzielony był na 5 grup operacyjnych, które nacierały na wieś od wschodu wzdłuż niewielkiej o tej porze roku rzeczki wpadającej prosto między zabudowania. W tychże budynkach niemiecka strona wyznaczyła sobie punkty oporu. Asystowały nam dwa Shermany, które flankowały wieś drogami po obu jej stronach, oraz kilka greyhoundów towarzyszących piechocie w przeprawie przez pola. Ostrzał artyleryjski był mizerny, żeby nie powiedzieć że w ogóle nie było przygotowania przed natarciem. Pojazdy jak się okazało poza dawaniem schronienia za swoimi stalowymi korpusami, również nie wspierały znacząco naszych postępów, jedyny huk jaki pojawiał się na polu walki, dobywał się z naszych karabinów i dwóch CKM-ów rozstawionych na skrzydłach natarcia. Trzeba przyznać że wiele zawdzięczamy tym sekcjom, gdyż nie szczędziły amunicji na ogień zaporowy i każdy nasz postęp był sowicie okraszony zdawać by się mogło niekończącymi seriami z trzydziestek. Walki trwały zaskakująco długo, belgijscy dowódcy doskonale opanowali swoją sztukę, dzięki czemu pokaz trwał wystarczająco długo abyśmy się nacieszyli walką, jednocześnie nie nudząc publiczności monotonią. Wielkie słowa uznania należą się im właśnie za świetnie rozegrany atak na wieś. Dotarcie czoła naszych sił do wsi poprzedziła "głośna minuta" - ta była na prawdę głośna, a każdy jak jeden mąż wystrzelił wszystko co tylko miał w stronę wroga, strzelał każdy karabin w plutonie, wciąż i wciąż przedłużając "one loud minute", która "przecież już powinna się skończyć".

remagne_art_1
Jeden z posterunków kontrolnych na wjeździe do wsi.
Po wejściu w strefę zabudowań zaczęła się walka uliczna. O wiele bardziej wymagająca i bezlitosna. Wsparcie pojazdów było przewidziane, ale szybko utknęło na zabarykadowanych krzyżówkach. Ruszyliśmy od północy i już na pierwszym skrzyżowaniu przycisnął nas celny ogień nieprzyjaciela, gdy dostaliśmy się do następnego przyczółka, natarcie stanęło w miejscu. Zażarta obrona Niemców nie pozwalała nam wychylić nawet nosa zza wysokiego na 70 centymetrów i długiego na 5 metrów murku, pod którym zebrało się piętnastu a może nawet dwudziestu ludzi. Solidny ostrzał z trzydziestki i kilka pocisków przeciwpancernych utorowało nam drogę w głąb wioski. Zaczęła się najtrudniejsza część natarcia, skoki przez odsłonięte poletka, ostrzał z wielu kierunków, snajperzy i przemieszczający się bez naszej wiedzy wróg, znający wieś jak własną kieszeń. Nie słychać tu było salw, jedynie pojedyncze strzały raz na parę minut, a zaraz potem wołanie o pomoc medyczną. Po godzinie walk zdobyliśmy wieś, amerykanie zaczęli wyciągać ostatnich niemieckich obrońców ze stodół i domów. Mieszkańcy wsi wyszli na ulice, by częstować nas bimbrem i ciastem. Pamiętam że bardzo rozbawiła nas sytuacja, gdy poczęstowany w podzięce papierosem gospodarz odmówił, ktoś stwierdził że to niemożliwe - żeby odmówić papierosa - i wszyscy zaczęli się śmiać.

Strudzeni ponad dwugodzinną walką szukaliśmy jakiegoś miejsca na odpoczynek. Wozy bojowe rozstawiły się na drogach wjazdowych do wsi i krzyżówkach, w wykopanych w ziemi wielkich dołach. Stanęły posterunki obłożone dookoła workami z piaskiem i obstawione przez żołnierzy. Założono punkt dowodzenia w budynku szkoły - przedstawienie wciąż trwało.

Zawędrowaliśmy do pubu na kilka orzeźwiających kolejek, po pewnym czasie niektórzy postanowili iść spać, reszta oddawała się przyjemności płynącej z hazardu. Grałem razem z Toye`m, Mac`iem i Karolem, czas płynął nam bardzo przyjemnie na grze w karty i popijaniu na zmianę kolejki piwa i Coca-Coli. Pomimo zmiennej fortuny ostatecznie ograłem tego wieczora wszystkich. Po zakończonej grze każdy dość już zmęczony udał się na spoczynek, tej nocy nie mieliśmy warty, a po ciężkich walkach jakie stoczyliśmy sen był niczym zbawienie.

Następnego ranka spakowaliśmy się do drogi. Po załadowaniu sprzętu na samochód, pokręciliśmy się trochę po okolicy nieśpiesznie, aby z każdym spokojnie się pożegnać. Wtedy poczułem że nawiązała się więź między nami a belgijskimi G.I`s. Nie brakowało serdeczności, zaproszeń na następne imprezy, innych deklaracji. Kapitan choć absolutnie nie mówił po angielsku wyraźnie przekazał nam, że musimy trzymać się razem jak jedna dywizja, którą przecież jesteśmy.

Z tym przesłaniem, odpowiedziami na stare i nowymi pytaniami ruszyliśmy w drogę do Polski. Jedno pytanie dominowało w drodze do domu
-Ciekawe czy bylibyśmy w stanie zaimponować Belgom naszą Polską rekonstrukcją?
Może będę miał kiedyś okazję o tym napisać.

autor: kloony-2010-05-15 18:24:27