„Pracuj ciężko …”

Operacja Torch miała okazać się dla Amerykanów testem ich umiejętności bojowych, testem który miał wykazać czy chłopcy Roosevelta są w stanie dorównać swoim przeciwnikom i efektywnie współpracować z swoimi koalicjantami. Do tej pory Alianci nie dążyli się zbytnim szacunkiem- Brytyjczycy zwykli z przekąsem mawiać, iż Jankesi ”są przepłaceni, rozbuchani i w ogóle tu są”. Lądowanie 8 listopada 1942 roku na północnoafrykańskim wybrzeżu miała stać się kolejnym kluczowym momentem tej wojny.

Operacja Torch

Maréchal, nous voilà !

Wyruszając w kierunku plaż, żołnierze amerykańscy nie mogli być pewni reakcji Francuzów służących pod godłem marionetkowego państwa Vichy. Byli przygotowani na dwa warianty. Optymistyczny zakładał brak jakichkolwiek problemów. Rozentuzjazmowani „żabojadzi” będą witać ich jak wyzwolicieli, sojuszników zza wielkiej wody. Rozważano jednak i wersję pesymistyczną- odczytywany na pokładach okrętów floty inwazyjnej komunikat kierowany w stronę wybrzeża: „Ne tirez pas! Nous sommes Americains! Nous sommes vos amis!” („Nie strzelać- jesteśmy Amerykanami- jesteśmy przyjaciółmi!”) niekoniecznie mógł pozytywnie wpłynąć na umysły pamiętające Mers El Kébir i inne bratobójcze walki na terenie francuskich kolonii.

Ich znajomość Francji byłą zazwyczaj delikatnie mówiąc znikoma. Cześć z nich kojarzyła pola bitewne 1 Wojny Światowej, gdzie pod jak często z sarkazmem mówili „Jak-je-tam-u-diabła-zwą” walczyli ich przodkowie służący w American Expeditionary Force. Afryka była jeszcze bardziej egzotyczna- do zapoznania się z nią miały służyć specjalnie przygotowane armijne przewodniki, czy nawet, prowizorycznie ściągnięte mapy i cywilne książki zebrane na terytorium całych Stanów Zjednoczonych…

Obawy te częściowo rozwiał moment desantu. Skończyło się tylko na niepokoju, większość oddziałów francuskich od razu złożyło broń. Inne oddały zaledwie kilka strzałów, powodując znikome straty wśród sił inwazyjnych. Postawy żołnierzy „Jedynki” były różne- cześć dowódców zabraniała strzelać do czegokolwiek, inni panikując marnowali amunicję reagując na najbardziej błahe sprawy. Najsilniejszy atak Francuzów, a właściwie senegalskich wojsk kolonialnych na 26ty pułk, siłami 14 czołgów Renault dosłownie utknął w miejscu. Generał brygady Ted Roosevelt, syn słynnego 26 prezydenta Stanów Zjednoczonych, stojąc na swoim jeepie „Twardy Jeździec” („Rough Rider”) poganiał GI na wschód, do natarcia w kierunku Oranu. Na zachód zmierzał z kolei 18ty i 16ty pułk (lądowały na plaży o kryptonimie Z, na wschód od Oranu, tuż przy mieście Arzew). W ten sposób do 10 XI miasto znalazło się w rękach Amerykanów, a żołnierze 1 Dywizji maszerowali przez jego ulicę, witani przez rozentuzjazmowanych mieszkańców.

Generał Roosevelt i jego

Generał Roosevelt i jego „Twardy Jeździec””

Tymczasem na plażach panował teraz chaos, Amerykanie próbowali przełamywać narastające problemy natury logistycznej. Tłumacze cały czas powtarzali jak mantrę: „Ne pas les Boches! Ne pas les Macaron!” (Precz ze Szkopami! Precz z Makaroniarzami!). Rozpoczął się żmudny proces rozwoju własnych umiejętności w dziedzinach szeroko rozumianej sztuki wojennej.

„Żołnierze 18 pułku- mamy zamiar się bić!” (pułkownik Frank U.Greer)

Marsz 18 i 16 pułku w kierunku Oranu nie okazał się jednak zwykłym spacerkiem.  Dowództwo Big Red One nie zamierzało pobłażać przejawom oporu. Świadczy o tym najwybitniej postawa jej dowódcy- Allen otrzymując od swoich zwierzchników dyrektywę nakazującą traktować Francuzów jako sojuszników, kazał ją spalic i bezzwłocznie zapomnieć czytającym o jej treści. Problemy przysporzyło miasto Arzew, gdzie w trakcie polowań na snajperów dochodziło do nieszczęśliwych wypadków, ofiarami stawali się nieopaczni Arabowie czy szoferzy ciężarówek, które uważano za cześć transportów wojskowych czy nadciągające czołgi. Miejscowi często nie zwracali uwagę na nowych przybyszów, którzy nawiedzili ich ziemie, cześć z nich myślała nawet, że Amerykanie są Niemcami!

Najważniejszą z przeszkód po drodze do Oranu okazało się miasto St. Cloud, którego garnizon składający się z żołnierzy Legii Cudzoziemskiej, francuskich faszystów i tunezyjskich oddziałów nie zamierzał złożyć broni. Zapanował chaos, cześć żołnierzy nie chciała nacierać w terenie, który dawał nieprzyjacielowi przewagę w postaci dobrej widoczności i zabudowań, niektóre odziały uciekały z pozycji będących pod ostrzałem artylerii francuskiej. Atak pierwszego dnia okazał się niewypałem. Cześć GI wykazała się męstwem, inni ze strachu zalegali skryci za kamiennymi murami, nie podążając za swoimi podoficerami.

O świcie 9 XI na linii frontu zjawił się Allen, zachęcający GI do ataku wymownymi słowami: „W miasteczku jest mnóstwo bardzo ładnych dziewcząt, gotowych miło powitać amerykańskich wyzwolicieli” czy „Macie zdobyć Oran albo nie dostaniecie jedzenia”. Generał zadecydował ominąć St. Cloud i zostawić cześć sił do jego blokady . Jak motywował- dla jego zdobycia musiałby ostrzałem zrównać je z ziemią wraz z zamieszkującymi cywilami. Było to w ówczesnej niepewnej sytuacji politycznej ryzykowne. Decyzja ta miała brzemienne skutki- linia obrony Oranu została przerwana, a samo miasto znalazło się w okrążeniu. 10 XI zgodnie z treścią rozkazu polowego nr 3 „Nic na świecie nie może opóźnić ani zatrzymać 1 Dywizji.”, jej pododdziały wkroczyły do Oranu. Tego samego dnia po ciężkich walkach o każdy dom upadły ostatnie punkty oporu w St. Cloud. ”Jedynka” straciła 300 żołnierzy. Rozpoczęło się świętowanie- jeden z oddziałów wydał przyjęcie na część dowództwa i zgodnie z dywizyjnym mottem- „Pracuj ciężko i wiele pij, bo gdzieś zawsze szykuje się bitwa dla Pierwszej!”– upił się do nieprzytomności.

Żołnierze 1 DP pilnują francuskich jeńców.Żołnierze 1 ID pilnujący francuskich jeńców.

Były to pierwsze walki na szlaku „Walczącej Jedynki” i udziału Amerykanów w wojnie na teatrze innym jak Pacyfik. Jej żołnierzy w kampanii północnoafrykańskiej czekało wiele bitew na drodze ku Tunezji i sercu III Rzeszy, o czym w następnych artykułach.

Michał Kowalski

Komentarze wyłączone.